Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej.


Dzikie Wybrzeże => Gujana, Surinam oraz Gujana Francuska. Kraje, które chyba jako ostatnie kojarzą się z Ameryką Południową. W pierwszym z nich – Gujanie – mówi się po angielsku. W drugim – Surinamie – po niderlandzku. W Gujanie Francuskiej oczywiście po francusku. Terytorium tego ostatniego należy do obszaru Unii Europejskiej. John Gimlette w książce „Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej.” zabiera nas w podróż do tych odległych i egzotycznych zakątków naszego globu.

Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej.

Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej.

Poniżej oficjalny opis wydawcy:

Gujana. Kraina tysiąca rzek, zachłannej puszczy, zapomnianych plemion. Dzikie Wybrzeże. Przeżyć można tylko, podróżując wąskim pasem brzegowym – z każdym kilometrem w głąb lądu rośnie ryzyko złapania egzotycznej choroby, rozszarpania przez dzikie zwierzęta czy utopienia w wartkim strumieniu. Ale to także piękny świat fosforyzującej zieleni oraz nieodkrytych gatunków zwierząt.
Ta niezwykła uroda, dziki charakter oraz wspomnienia o przodku, któremu marzyło się cukrowe królestwo na wybrzeżu Gujany, pchnęły Johna Gimlette’a na wyprawę wzdłuż nieposkromionego wybrzeża Ameryki Południowej. Ta podróż zaprowadzi go do kryjówek zbiegłych niewolników i kolonii karnych, odległych indiańskich wiosek i utopijnej osady sekty Świątynia Ludu, gdzie w 1978 roku ponad dziewięciuset Amerykanów popełniło zbiorowe samobójstwo. Na swojej drodze spotka rebeliantów, poszukiwaczy złota, zbójników i szamanów.
Dzikie Wybrzeże to porywająca opowieść o niezwykłej wyprawie do jednego z najpiękniejszych, najbardziej nieprzyjaznych i najmniej zbadanych zakątków współczesnego świata.

Poniżej znajduje się fragment książki Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej.

Nic tak nie psuje dobrego obiadu jak groźba ataku granatami ręcznymi.
– Kto nas zamierza zaatakować?
Siedzący przy stole politycy wzruszyli ramionami i wrócili do ogryzania kurczaka.
– Słuchaj, człowieku – wycedził ochroniarz – nie możemy ci tego wytłumaczyć.
Bricko nie sprawiał wrażenia człowieka, który umiałby cokolwiek wytłumaczyć. Wyglądał jak czarny marynarz Popeye, zbudowany z opon samochodowych. Zwróciłem się do przewodniczącego partii, który obserwował ulicę. Był środek popołudnia, po jezdni poruszały się tylko zaprzęgnięte w muły wózki.
– Na ulicach – powiedział – jest dużo zawiedzionych.
– Na przykład kto? – zapytałem. – Kartele narkotykowe?
– Może. Ale są też rozgniewani Indianie…
– …i przedsiębiorcy… – dodał jego zastępca.
– …i Indianie…
– I Afrykanie – warknął Bricko.
Przyniesiono kolejne piwa, na stolik spłynęła piana.
– No i są jeszcze Chińczycy – dorzucił sekretarz partii.
– I inne partie, PNC…
– Albo PPP!
Zdumiałem się.
– Rząd? Rząd chciałby was zabić?
Przejechał z warkotem stary nissan i zaraz utknął na skrzyżowaniu. Wlepiliśmy w niego wzrok.
– Możliwe – powiedział szef partii. – Nigdy nie wiadomo.
– Ale to przecież prawie wszyscy. Wszyscy was nienawidzą?
Nad smętnymi szczątkami obiadu zapadło milczenie. Od momentu założenia ich partia polityczna znajdowała się pod presją. Po chwili ciszę przerwał przewodniczący:
– Ludzie – powiedział – utracili wiarę w politykę.
Jego zastępca pokiwał głową.
– Dlatego właśnie mamy tyle kościołów…
– I sklepów z rumem! Pomaga zapomnieć…
– Czy były już jakieś próby zamachu? – zapytałem. – Bomby albo strzelanina…?
Bricko pokręcił głową.
– Nie tutaj. Jeszcze nie…
Przewodniczący zmarszczył brwi.
– To Georgetown – powiedział. – Wszystko może się zdarzyć.
*
Mieszkańcy Georgetown wiedzą, jak z morderstwa zrobić widowisko. W kraju, gdzie nie ma ani jednego teatru z prawdziwego zdarzenia i gdzie działają raptem dwa podrzędne kina, sala rozpraw odgrywa ważną rolę w dostarczaniu rozrywki. Procesy sądowe są zawile brytyjskie, ciągną się tygodniami i są szczegółowo
relacjonowane przez prasę. W Gujanie nic nie przyciąga większej uwagi. Nic dziwnego, że politycy zdają się marzyć
o tym, by ktoś ich zabił. Niedługo po przyjeździe do miasta przeczytałem w gazecie o jednym z takich procesów i poszedłem popatrzeć. Odbywał się w sądzie imienia królowej Wiktorii, fantazyjnym gmaszysku inspirowany gotykiem kolonialnym. Z zewnątrz przypomina blaszany pałac ze szczytami z blachy falistej i takimiż kolumnami. Od środka wydaje się jeszcze większy. Zaludnia go tłum martwych od dawna prawników, tak białych w swych marmurowych
postaciach, jak nigdy nie byli za życia. Stoi tam nawet posąg samej królowej Wiktorii. Podobno w czasie walk o niepodległość laska dynamitu urwała mu głowę. Ale jak miałem okazję się przekonać, królewska makówka zdążyła już z całą pompą wrócić na miejsce. Proces dostarczył mi niezapomnianych wrażeń. W pewnym
sensie przypominał dramat sądowy, którego akcję umieszczono około roku 1790. Oskarżeni, Blacksam i Buggins, dwaj zatwardziali przestępcy, pili po tawernach, zagryzając soloną rybą i salsą. Któregoś dnia, wdawszy się w iście georgiańską awanturę z sąsiadem, zaciukali go nożem myśliwskim. Przyznali się
do winy i skuci łańcuchami zostali doprowadzeni na salę rozpraw. Zeznawało kilkudziesięciu świadków. Nazwy wsi brzmiały jak stare statki do transportu cukru: Garden of Eden (Rajski Ogród), Providence (Opatrzność) i Friendship (Przyjaźń). Wystrojeni w najlepsze niedzielne ubrania świadkowie rozprawiali
z powagą o „kulisach”, „dokonywanych kradzieżach” i „utrzymywaniu stosunków cielesnych”. Można by pomyśleć, że ostatnich dwustu lat wcale nie było. Pod każdym innym względem proces stanowił doskonałą
ilustrację życia współczesnej Gujany. Boczne ściany sądu były otwarte na świeże powietrze i składanie zeznań zakłócało skrzeczenie siedzących na palmach papug. Rozpadało się i krople
deszczu waliły o blaszany dach niczym stado galopujących koni. Obrońca, Indus – podobnie jak prawie połowa mieszkańców kraju – był ubrany w czarny jedwabny garnitur i togę. Kiedy tylko się dało, krążył po sali, grzmiąc w soczystej kreolszczyźnie, suto naszpikowanej Dickensem i Donne’em. Inne rasy też wzięły udział w przedstawieniu. Sędzia i wszyscy konstable byli – jak jedna trzecia Gujańczyków – „Afrykanami”, a w ławie przysięgłych zasiadali przedstawiciele „ras mieszanych”, składających się na resztę populacji. Dwanaście pooranych bruzdami twarzy odzwierciedlało historię Gujany, miszmasz wysiedleńców i imigrantów: niewolników, Indian, holenderskich zdobywców, Chińczyków, irlandzkich awanturników, szkockich pastuchów, pionierów i Pasztunów. Taka wybuchowa
mieszanka płynęła w żyłach grupki ludzi, która bez większego trudu zmieściłaby się w budce telefonicznej. Brakowało tylko białych, których udział w populacji Gujany wynosi niecały jeden procent.
– Nie pytajcie, komu bije dzwon! – grzmiał Indus.
Przysięgli go nie słyszeli. Budynek trząsł się od tętentu wodnych kopyt. Ale i tak miłosierdzie przeważyło i przysięgli
zakwalifikowali przestępstwo jako zabójstwo. Wyprowadzono skutych więźniów, którzy uśmiechali się szeroko, opuszczając salę.
– Taa, człowieku – powiedział konstabl – wywinęli się dziś od stryczka…
Wokół gmachu sądu trzepocze piękne, lekkie jak piórko miasto. Być może Georgetown – tak jak jego mieszkańcy – nie do końca identyfikuje się z tym miejscem i dlatego unosi się nad wodą. Nic tu nie jest przytwierdzone na stałe. Unoszące się na kanałach i bryzach miasto zbudowane jest z pali, desek, oślepiających bieli, ażurowych zdobień, wrzecionowatych kolumienek i żaluzji. Ulice są szerokie jak pola, a katedra, podobno najwyższa drewniana budowla na świecie, zdaje się bez końca piąć w górę. Jedna z dzielnic nazywa się nawet Lacytown (Koronkowe Miasto), jakby lada chwila miała się oderwać od ziemi i odfrunąć dokądś, może do domu. Przy takiej obfitości podpałki Georgetown naturalnie pali się jak słoma. W dziewiętnastym wieku ogień spustoszył miasto pięć razy, a w kolejnym stuleciu jeszcze cztery. Pożary zawsze mają jakąś poważną przyczynę – rozruchy albo eksplozję w chińskiej fabryce sztucznych ogni. Podczas ostatniej pożogi w 2004 roku spłonęły kino – jedno z ostatnich w mieście – i katolicka katedra. W obliczu katastrofy mieszkańcy miasta nie poddają się rozpaczy, tylko idą naciąć patyków i budują wszystko od nowa. Również woda jest stałym elementem życia mieszkańców Georgetown. Podczas przypływu ocean wznosi się półtora metra ponad poziom ulic i tylko specjalny mur chroni miasto przed zalaniem. Woda nie pozwala zapomnieć, że chociaż Georgetown leży w tropikach, ma duszę Amsterdamu. Przez dwieście lat – dobrze ponad połowę swojej kolonialnej historii – Gujana należała do Holendrów, a Georgetown nazywało się Stabroek. Błotniste, gorące i płaskie, na pierwszy rzut oka nie robi najlepszego wrażenia, jednak w czasie negocjacji pokojowych w 1802 roku uważano je za lepszy kąsek od Kanady. Kilka lat później znowu przejęli je Brytyjczycy i nazwali na cześć Jerzego III, królafarmera. Wkrótce cała podmokła kolonia przeszła w ręce Wielkiej Brytanii i została przemianowana na Gujanę Brytyjską. Od tamtej pory minęło dwieście lat, ale woda nie straciła nic ze swojego wigoru. Ciągle ktoś mi opowiadał, jak to kilka lat temu Georgetown o mało co nie zniknęło pod dwoma metrami wody, ale na co dzień są to tylko nieefektowne potyczki z wilgocią. Las nieustannie próbuje wedrzeć się z powrotem do miasta i zarazić je pleśnią. Tu nawet beton gnije, a samochody zdają się butwieć. Za dnia kanały są jedwabiście zielone, a w nocy rozbrzmiewają operowym chórem żab. Czemu to? Czemu? – śpiewają żaby, a psy wtórują im wyciem. Można odnieść wrażenie, że natura stopniowo odzyskuje swoje dziedzictwo. Pośród rejwachu papug i przepychu płomieni Afryki (Delonix regia) miasto zachowuje ulotną brytyjskość. Gawędzi się tu na temat „wiosny” i „jesieni”, chociaż przez cały rok panuje jednakowy upał. Mieszkańcy Georgetown potrafią nawet być lekko archaiczni, z dziećmi „siusiającymi do nocniczków” i maślanymi bułeczkami do popołudniowej herbatki. Okruchy brytyjskości przetrwały także w sklepach; można w nich dostać maść Vicks VapoRub, butelkę „Toniku na nerwy” albo plik „True Confessions”. Dom towarowy Fogarty’s wygląda jak wielki różowy kwartał londyńskiej dzielnicy Croydon, cichutko zżerany przez wilgoć. Na parterze znajduje się kafejka rodem z lat czterdziestych, łącznie z cieniutkimi krokietami z mięsem i słabym oświetleniem, jakby nadal toczyła się wojna. Wrażenie, że czas zapomniał o Georgetown, najsilniejsze jest w muzeum miejskim. Parter zajmują rozmaite pamiątki z epoki kolonialnej, w komplecie z pożegnalnym prezentem od Brytyjczyków – maleńkim luksusowym austinem princessą. Ekspozycja na piętrze nie zmieniła się od 1933 roku, kiedy muzeum zwiedzał Evelyn Waugh. Nikła woń formaliny unosi się nad tymi samymi, by zacytować pisarza, „najpaskudniejszymi wypchanymi zwierzętami, jakie gdziekolwiek widziałem”. Nic dziwnego, że miałem całe muzeum dla siebie, dopóki nie dopadł mnie kustosz, który kazał mi zdjąć kapelusz. Na ulicy trudniej znaleźć ślady dawnego imperium. Oczywiście niemal wszystkie budynki publiczne są z ducha brytyjskie – chociaż czasem zupełnie na to nie wyglądają. Nawet najbardziej lojalni architekci królowej dawali się ponieść rozbudzonej upałem fantazji. Ratusz ojczulka Schole’a wygląda jak zbiegły domek dla lalek, a na katedrę projektu Bloomfielda poszło tyle drzew, że w każdej chwili grozi jej, iż pod własnym ciężarem zapadnie się w błocie. Brytyjskość ujawnia się w szczegółach, takich jak czarne londyńskie taksówki, skrzynki na listy z inicjałami królowej Elżbiety, pomnik wielkiego inżyniera od kanalizacji i dwie armaty spod Sewastopola. Chociaż widziałem też plac budowy z tablicą „Buckingham Palace”, jednak – chyba niestety – zanim zaczęło się zarysowywać jakiekolwiek podobieństwo, całe przedsięwzięcie zbankrutowało. Mimo tej imperialnej otoczki szybko zorientowałem się, że Gujańczycy nie są ani brytyjscy, ani autentycznie południowoamerykańscy, lecz żyją we własnym świecie. Czasem odnosiłem wrażenie, że bycie obcymi tak weszło im w krew, że już nawet sami siebie nie rozumieją. Rozwija się tam prężnie kilka różnych dialektów, a życie zamiera nie tylko na Boże Narodzenie, lecz także na Diwali, Id alAdha i Holi. Zależnie od tego, kogo pytałem, narodowym daniem są roti, chow mein, ognista indiańska potrawa zwana pieprzniczką albo kurczakiem na ostro. Z początku każda rasa miała własną partię polityczną, ale teraz jest ich pięćdziesiąt. Czasem wydaje się, że w liczącej raptem siedemset pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców Gujanie zostało ściśniętych kilka różnych państw. Często tak właśnie się czułem, idąc przez Georgetown. W jednej chwili byłem w Chinatown, a w następnej mijałem meczet, „Dom Smaków”, świątynię hinduistyczną i siedzibę Rady Braminów. Za rogiem wpadałem na „Cudowną Krucjatę Wszystkich Ewangelii” albo meksykański cyrk („Z prawdziwymi tygrysami!”). Niekiedy różne kultury zderzały się ze sobą, tworząc zwodnicze hybrydy. Co mogło się kryć za tymi wszystkimi konkursami na najlepszą kaczkę w sosie curry? Albo za „Festiwalem Ekstremalnego Czatni”? Najczęściej jednak wszyscy trzymali się razem we własnym gronie. W każdej dzielnicy rozbrzmiewała inna muzyka – reggae przechodziło w hindi poprzez kolejne stadia soka*, hiphopu i znowu calypso. * Soka – muzyka taneczna będąca połączeniem calypso z muzyką indyjską. Wszystko to mogłoby dziwić w wielkim mieście, a przecież Georgetown jest malutkie. Posiada jedne jedyne schody ruchome (nieodmiennie przyciągające tłumy), a pełną zakamarków Galerię Narodową odwiedza dwadzieścia osób na miesiąc. Wszyscy znają wszystkich, nawet faceci sprzedający z furmanek końskie łajno. Nie można tu niczego zrobić, żeby poczta pantoflowa nie roztrąbiła tego zaraz po całym mieście (jak to ujął pewien taksówkarz: „Ty powiesz Tarze, a Tara powie Tarze”). Tylko ja byłem tam obcy: bucra, biały człowiek w mieście zamieszkałym przez wszystkich oprócz białych.

Źródło: czarne.com.pl

Książkę do kupienia znajdziecie również na empik.com

Polecamy również:

One thought on “Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej.

  1. Dzikie Wybrzeże
    10/08/2014 at 19:21

    Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej autorstwa Johna Gimlette’a to naprawdę rewelacyjna pozycja z cyklu literatury podróżniczej dla każdego kto zainteresowany jest historią oraz współczesnością Gujany, Surinamu oraz Gujany Francuskiej. Trzech państw, o których rzadko myślimy w kontekście Ameryki Południowej, a posiadających do opowiedzenia równie wiele co ich współtowarzysze dzielący ten przepiękny kontynent. Serdecznie polecam przeczytać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *